Śpieszymy z informacją, że 25 maja br. w Spółdzielczym Domu Kultury w Krośnie odbyło się podsumowanie Konkursu Literackiego pt. "Kartka z kalendarza". To była już VI edycja konkursu, w którym od początku biorą udział nasi Seniorzy. I dziś nie mogło ich zabraknąć.
Nasi utalentowani Seniorzy otrzymali:
W dziedzinie prozy:
III miejsce Janina Jabłońska
wyróżnienie - Krystyna Giemza
W dziedzinie poezji:
wyróżnienie - Leokadia Półchłopek
za udział - Maria Półchłopek.
Gratulujemy wszystkim biorącym udział za piękne i wzruszające historie pisane sercem. Było w nich mnóstwo emocji, refleksji, zadumy i humoru. Dziękujemy za wspaniałe spotkanie w gronie seniorów z Kopytowej, Krosna, Krościenka Wyżnego i oczywiście Korczyny.
Dziękujemy Spółdzielczemu Domowi Kultury w Krośnie za organizację tego wydarzenia. Poniżej przedstawiamy teksty Seniorów.
Marta Haręzga
Fot. Dom Pomocy Społecznej nr 1 w Krośnie
Janina Jabłońska
Kartka z kalendarza.
Każdy z nas, na początku nowego roku, stara się zaopatrzyć w nowy kalendarz. To niby takie proste ale jak mówi stare porzekadło: „Kto kalendarza nie kupi, cały rok chodzi jak głupi”. Mamy różne kalendarze: ładne, kolorowe, ozdobne, do wyrywania kartek, książkowe, z przepisami. Są też małe, kieszonkowe, by mieć stale w torebce, przy sobie, pod ręką.
W domu wieszamy kalendarz na widocznym miejscu i co ważne, że ciągle do niego zaglądamy w poszukiwaniu ważnych informacji. Znajdujemy daty, dni miesiąca, dowiadujemy się o imieninach, urodzinach, wschodach i zachodach słońca. Czy to jest tak, że chcemy wiedzieć, czy mieć wszystko pod kontrolą? Są też kalendarze, gdzie można coś zapisać: numery telefonów, adresy, daty spotkań, rozkłady jazdy. Dziś w dobie smartfonów i innych mediów może kalendarz nie ma znaczenia, bo po co komu kalendarz w domu na ścianie? A jednak on tkwi na ścianie, w naszym telefonie, czy naszej pamięci, jednym słowem – bez kalendarza trudno żyć. Kartki z kalendarza, cóż odrywamy, wyrzucamy, bądź przechowujemy, bo są takie daty w życiu człowieka, które na zawsze w nim tkwią.
Każdy ma takie dni, które nie dadzą o sobie zapomnieć. Dni wesołe i smutne, pełne szczęścia i cierpienia. Takie, o których chciałoby się zapomnieć na zawsze, wymazać z pamięci, podrzeć tę kartkę z kalendarza. W moim, długim życiu są takie kartki w kalendarzu, których nigdy nie zapomnę, chyba że dopadnie mnie demencja lub inna „paskuda”. I choć mam sędziwe lata dobrze pamiętam daty śmierci moich kochanych rodziców, przeprowadzkę z domu rodzinnego. Mój nowy, wybudowany, wymarzony dom, piękny ale nie ten pierwszy, rodzinny, gdzie uczyłam się chodzić, gdzie wypowiedziałam pierwsze słowa i pierwsze modlitwy. Dom mojego dzieciństwa, choć wiadomo, że nie pamiętam dnia swoich narodzin ale ta data, czyli 15 lutego 1940 roku, jest taką ważną kartką z kalendarza mojego życia. Potem 17 lipca 2013 roku dzień śmierci mojego męża. Tej kartki z kalendarza nie da się nigdy zapomnieć, pozostaje w człowieku na zawsze.
W domu wieszamy kalendarz na widocznym miejscu i co ważne, że ciągle do niego zaglądamy w poszukiwaniu ważnych informacji. Znajdujemy daty, dni miesiąca, dowiadujemy się o imieninach, urodzinach, wschodach i zachodach słońca. Czy to jest tak, że chcemy wiedzieć, czy mieć wszystko pod kontrolą? Są też kalendarze, gdzie można coś zapisać: numery telefonów, adresy, daty spotkań, rozkłady jazdy. Dziś w dobie smartfonów i innych mediów może kalendarz nie ma znaczenia, bo po co komu kalendarz w domu na ścianie? A jednak on tkwi na ścianie, w naszym telefonie, czy naszej pamięci, jednym słowem – bez kalendarza trudno żyć. Kartki z kalendarza, cóż odrywamy, wyrzucamy, bądź przechowujemy, bo są takie daty w życiu człowieka, które na zawsze w nim tkwią.
Każdy ma takie dni, które nie dadzą o sobie zapomnieć. Dni wesołe i smutne, pełne szczęścia i cierpienia. Takie, o których chciałoby się zapomnieć na zawsze, wymazać z pamięci, podrzeć tę kartkę z kalendarza. W moim, długim życiu są takie kartki w kalendarzu, których nigdy nie zapomnę, chyba że dopadnie mnie demencja lub inna „paskuda”. I choć mam sędziwe lata dobrze pamiętam daty śmierci moich kochanych rodziców, przeprowadzkę z domu rodzinnego. Mój nowy, wybudowany, wymarzony dom, piękny ale nie ten pierwszy, rodzinny, gdzie uczyłam się chodzić, gdzie wypowiedziałam pierwsze słowa i pierwsze modlitwy. Dom mojego dzieciństwa, choć wiadomo, że nie pamiętam dnia swoich narodzin ale ta data, czyli 15 lutego 1940 roku, jest taką ważną kartką z kalendarza mojego życia. Potem 17 lipca 2013 roku dzień śmierci mojego męża. Tej kartki z kalendarza nie da się nigdy zapomnieć, pozostaje w człowieku na zawsze.
I kolejna kartka kalendarza mojego życia to dzień 15 listopada 2021 roku – wtedy sprzedałam swój dom i przeprowadziłam się do syna. Jest mi u niego dobrze, wygodnie, miło ale tęsknota za swoimi „kątami” tkwi we mnie. Ktoś powiedział, że „starych drzew się nie przesadza”. Zgadzam się z tym powiedzeniem. Płakałam, smutek panoszył się w moim sercu. Tęsknota za utraconym domem, mężem, przyjaciółmi tkwiła we mnie, nie dawała się ruszyć. Kiedy otarłam choć trochę te lejące się łzy, poczułam, że to jeszcze nie koniec życia, marzeń, radości, że jeszcze coś jest przede mną. Trzeba żyć dalej i zapisywać kartki swojego kalendarza.
I znów ważna data mojego życia to dzień 23 maja 2022 roku – zaczęłam wtedy uczestniczyć w zajęciach w Dziennym Domu „Senior – WIGOR” w Korczynie. Otoczona przyjaciółmi, serdecznością i uwagą żyję do dziś. Robię rzeczy, które mnie cieszą, dają satysfakcję. Rozwijam swoje zainteresowania, śmieję się i tańczę, piszę różne teksty do „Prządek”, biorę udział w konkursach. Żyję podwójnie, a może potrójnie. Piszę te słowa wspominając różne daty z kalendarza moich przeżyć. I choć chciałabym cofnąć kalendarz i odjąć sobie tych kilkaset kartek, tego jednak zrobić się nie da, ale żyć po swojemu i cieszyć się każdym darowanym mi dniem, mogę zawsze. Nasze życie jak kartki z kalendarza możemy zapisać najlepiej jak potrafimy. Zapisuję je tak jak potrafię, zapisuję je z miłością i z dużą dozą optymizmu. Życie, jak kartki z dobrze zapisanego kalendarza.
Krystyna Giemza
KARTKA Z KALENDARZA
Kalendarze – ścienne, całoroczne, w formie książki-do zapisywania ważnych wydarzeń. Są też takie do wyrywania kartek. Forma obojętna , ale mają jeden cel -służą do zapisywania ważnych dat. Gdy dany rokmminie -kupujemy nowy kalendarz-wieszamy w widocznym miejscu , stawiamy na biurku lub w wersji mini wkładamy do podręcznej torebki. Notujemy ważne terminy spotkań, numery telefonów. W dzisiejszych czasach to w telefonach komórkowych zapisujemy ważne sprawy a system sam o nich przypomina. W komórce ważna data zostanie w jej pamięci na następny rok-nie zostanie wyrzucona jak stary kalendarz. Ważne wydarzenia zapisywali też kronikarze w starych księgach- a nawet w jaskiniach lub na skałach odkrywamy różne rysunki- to też były ważne wydarzenia dla ówczesnych.
Ważną datą dla moich Rodziców, był ich ślub-04.03. Osiemdziesiąt lat temu -to były ostatki- Wielkanoc tego roku wypadła bardzo późno. Potem były narodziny mojego brata -Święty Józef dał mu imię. Moja siostra urodziła się w „czepku” na prima aprilis , jej życie powinno być usłane różami, czy takie jest - może trochę. Ja urodziłam się 27 maja -dzień wcześniej wszystkie mamy obchodzą swoje święto, czy tak było też na wsi w latach powojennych? Na pewno rolnicy na przednówku nie mieli czasu na takie święto. Ważniejsze były chrzciny kolejnych dzieci, potem wyprawki do pierwszej klasy, Pierwsza Komunia Święta, Bierzmowanie.
Ważną datą dla moich Rodziców, był ich ślub-04.03. Osiemdziesiąt lat temu -to były ostatki- Wielkanoc tego roku wypadła bardzo późno. Potem były narodziny mojego brata -Święty Józef dał mu imię. Moja siostra urodziła się w „czepku” na prima aprilis , jej życie powinno być usłane różami, czy takie jest - może trochę. Ja urodziłam się 27 maja -dzień wcześniej wszystkie mamy obchodzą swoje święto, czy tak było też na wsi w latach powojennych? Na pewno rolnicy na przednówku nie mieli czasu na takie święto. Ważniejsze były chrzciny kolejnych dzieci, potem wyprawki do pierwszej klasy, Pierwsza Komunia Święta, Bierzmowanie.
W szkole pamiętam pamiętniki. Wpisywało się w nich krótkie wierszyki i oczywiście musiało być imię oraz data wpisu. Do dziś przechowuję te pamiątki -to też kartka z kalendarza wspomnień. Później były ważniejsze sprawy- ósma klasa i egzamin do liceum. Jako córka rolnika - miałam pracować na roli- a ja się uparłam na lepsze wykształcenie. Choć było ciężko pogodzić naukę i dojazd do szkoły - jakoś zdałam maturę i poszłam do prawdziwej pracy-nie tej na roli. Starsze koleżanki miały kalendarz do zapisków jeden wspólny w pokoju. Zapisywały ważne terminy: bilans miesięczny, półroczny, roczny - nie mógł przekroczyć drugiego lutego. Był to czas kartek na żywność - moim zadaniem było zawieźć je do Urzędu Skarbowego. Były ważniejsze od pieniędzy, też nie można było spóźnić się , bo jakaś kara finansowa nawet groziła. Tę datę miałam zapisaną też obok innych. Pewnego burzowego lata spotkałam kogoś, ważniejszego niż te obowiązki w pracy i na roli. Piorun uderzył w nasze serca i odtąd chcieliśmy być razem na dobre i na złe. Oczywiście zapisaliśmy naszą datę spotkania w kalendarzu naszego serca, a potem datę naszego ślubu i wesela. Czekaliśmy na ten dzień z niecierpliwością - przyszedł - był kamieniem milowym naszego życia.
Nasz ślub był na Sylwestra 36 lat temu, ale nasze życie było normalne -nie takie wystrzałowe ,jak to bywa na przy tej okazji. Gdy dwa lata później urodził się nasz syn - kupiliśmy kalendarz, taki specjalny, kolorowy. Autor opisywał jak powinny wyglądać pierwsze miesiące życia małego dziecka. Wzorowaliśmy się na tych opisach ,ale tam nie było napisane co robić, gdy dziecko choruje, gdy płacze po nocach, a tu trzeba iść rano do pracy. Przeżyliśmy razem 32 lata. Każdego roku mieliśmy jakiś kalendarz, a w nim pełno zapisków. Ostatnio wybuchła pandemia i tu tylko zapiski zakazów: nie wolno tego, tamtego, i nagle zachorowaliśmy - mąż trafił do szpitala - to były ponure dwa miesiące - tym bardziej, że ja też chorowałam i nasz syn - miał ponad 39 stopni gorączki przez dwa tygodnie. Nasze zdrowie nie było już takie samo. Mąż trafiał jeszcze trzy razy do szpitala.... A 30 września 2022 - ta data została wyryta w kamieniu na cmentarzu. Mój mąż odszedł, przeszłam na emeryturę, myślałam, że wszystko się skończyło. Te przeżycia nadwątliły moje zdrowie, więc odwiedzałam kolejnych lekarzy. Diagnoza była jedna to trauma po śmierci męża. Trzeba zadbać o siebie, może wyjechać do sanatorium. Ale życie pisze swoje scenariusze. Moja siostra mieszkająca w USA od 35 lat - postanowiła mnie kolejny raz odwiedzić. Zapisałam tą datę w kalendarzu i zaczęłam czynić przygotowania, aby ją godnie przyjąć. Miała przylecieć wraz z rodziną - synem i jego dziećmi - za parę miesięcy, więc w międzyczasie rozmawiamy przez telefon o różnych sprawach związanych z ich podróżą. - A może wybierzesz się z nami gdy będziemy wracać? - Żartujesz? W żadnym wypadku, mówię serio, to ostatni moment, żebyś mnie odwiedziła. Powiedz słowo, -kusi siostra. Bilet, wiza to można załatwić przez Internet, nawet walizkę o odpowiednich gabarytach. Data podróży była związana ze Świętem 04 lipca – to w USA Dzień niepodległości, wolny od pracy. Byłam przerażona raz wypowiedzianym słowem. To moje „tak” tym razem skutkowało podróżą na drugi koniec świata -ja domatorka - miałabym gdzieś lecieć samolotem, przejść procedury na lotnisku, których nie rozumiałam! Od czego jest Internet— przez czas, który miałam do odlotu wkuwałam słówka potrzebne w podróży. „Już za rok matura, za miesiąc, za dzień, już jest... „-to słowa znanej piosenki. Tak samo można powiedzieć o moim locie. Obecność mojej siostry i jej rodziny dodawała mi otuchy. Wszystkie te procedury lotniskowe - widziałam je na filmikach w Internecie. Podczas lotu można było oglądać filmy na ekranie lub pozycję samolotu nad oceanem. Miłe stewardessy rozdawały posiłki, napoje, drobne gadżety. Po wylądowaniu w Nowym Yorku -pierwsze zderzenie z atmosferą amerykańską w przenośni - inny język, tłok, gwar, hałas i spaliny. A dosłownie-gorąco, gorąco, gorąco, duszno. Trzy godziny później w miejscu zamieszkania siostry-tak samo gorąco i duszno- zbiera się na burzę- myślę ,przecież to środek lata. Na drugi dzień tak samo-gdzie jestem-w Ameryce -czy przypadkiem trafiłam do dżungli Amazońskiej? Siostra dała mi kalendarz amerykański. Tam inaczej zapisuje się daty: najpierw miesiąc, potem dzień miesiąca i rok.
No więc pierwszy dzień;07.06.2025r.- czyli szóstego lipca 2025 roku.(w tym miejscu informuję szanownego Czytelnika -to nie pomyłka) i pierwszy zapis- gorąco, mokro, duszno. Na drugi dzień jest 07.07.2025rok, więc łatwiej Polakowi przeczytać, ale dla mnie znów jest tak samo: w domu - klimatyzacja, a na polu-120 stopni F-czyli 35 stopni Celsjusza. Każde wyjście z budynku powoduje szok termiczny, spacer jest niemożliwy, jedynie można a nawet trzeba -wybrać się do sklepu po zaopatrzenie. Ale to też wyprawa-prawie pół godziny samochodem, na szczęście jest w nim klimatyzacja-kupujemy jedzenie na cały tydzień- jeszcze trzeba zapłacić-i tu kolejny szok -150 dolarów, czyli bardzo tanio. W sklepie jest chłodno, ale na zewnątrz -asfalt się topi! Kolejną datę tej wycieczki-11.07.2025r- a raczej w wersji amerykańskiej 07.11.2025r. -zapisałam z wieloma wykrzyknikami-w tym dniu mój organizm powiedział stop- zasłabłam, złamałam nadgarstek i
Nasz ślub był na Sylwestra 36 lat temu, ale nasze życie było normalne -nie takie wystrzałowe ,jak to bywa na przy tej okazji. Gdy dwa lata później urodził się nasz syn - kupiliśmy kalendarz, taki specjalny, kolorowy. Autor opisywał jak powinny wyglądać pierwsze miesiące życia małego dziecka. Wzorowaliśmy się na tych opisach ,ale tam nie było napisane co robić, gdy dziecko choruje, gdy płacze po nocach, a tu trzeba iść rano do pracy. Przeżyliśmy razem 32 lata. Każdego roku mieliśmy jakiś kalendarz, a w nim pełno zapisków. Ostatnio wybuchła pandemia i tu tylko zapiski zakazów: nie wolno tego, tamtego, i nagle zachorowaliśmy - mąż trafił do szpitala - to były ponure dwa miesiące - tym bardziej, że ja też chorowałam i nasz syn - miał ponad 39 stopni gorączki przez dwa tygodnie. Nasze zdrowie nie było już takie samo. Mąż trafiał jeszcze trzy razy do szpitala.... A 30 września 2022 - ta data została wyryta w kamieniu na cmentarzu. Mój mąż odszedł, przeszłam na emeryturę, myślałam, że wszystko się skończyło. Te przeżycia nadwątliły moje zdrowie, więc odwiedzałam kolejnych lekarzy. Diagnoza była jedna to trauma po śmierci męża. Trzeba zadbać o siebie, może wyjechać do sanatorium. Ale życie pisze swoje scenariusze. Moja siostra mieszkająca w USA od 35 lat - postanowiła mnie kolejny raz odwiedzić. Zapisałam tą datę w kalendarzu i zaczęłam czynić przygotowania, aby ją godnie przyjąć. Miała przylecieć wraz z rodziną - synem i jego dziećmi - za parę miesięcy, więc w międzyczasie rozmawiamy przez telefon o różnych sprawach związanych z ich podróżą. - A może wybierzesz się z nami gdy będziemy wracać? - Żartujesz? W żadnym wypadku, mówię serio, to ostatni moment, żebyś mnie odwiedziła. Powiedz słowo, -kusi siostra. Bilet, wiza to można załatwić przez Internet, nawet walizkę o odpowiednich gabarytach. Data podróży była związana ze Świętem 04 lipca – to w USA Dzień niepodległości, wolny od pracy. Byłam przerażona raz wypowiedzianym słowem. To moje „tak” tym razem skutkowało podróżą na drugi koniec świata -ja domatorka - miałabym gdzieś lecieć samolotem, przejść procedury na lotnisku, których nie rozumiałam! Od czego jest Internet— przez czas, który miałam do odlotu wkuwałam słówka potrzebne w podróży. „Już za rok matura, za miesiąc, za dzień, już jest... „-to słowa znanej piosenki. Tak samo można powiedzieć o moim locie. Obecność mojej siostry i jej rodziny dodawała mi otuchy. Wszystkie te procedury lotniskowe - widziałam je na filmikach w Internecie. Podczas lotu można było oglądać filmy na ekranie lub pozycję samolotu nad oceanem. Miłe stewardessy rozdawały posiłki, napoje, drobne gadżety. Po wylądowaniu w Nowym Yorku -pierwsze zderzenie z atmosferą amerykańską w przenośni - inny język, tłok, gwar, hałas i spaliny. A dosłownie-gorąco, gorąco, gorąco, duszno. Trzy godziny później w miejscu zamieszkania siostry-tak samo gorąco i duszno- zbiera się na burzę- myślę ,przecież to środek lata. Na drugi dzień tak samo-gdzie jestem-w Ameryce -czy przypadkiem trafiłam do dżungli Amazońskiej? Siostra dała mi kalendarz amerykański. Tam inaczej zapisuje się daty: najpierw miesiąc, potem dzień miesiąca i rok.
No więc pierwszy dzień;07.06.2025r.- czyli szóstego lipca 2025 roku.(w tym miejscu informuję szanownego Czytelnika -to nie pomyłka) i pierwszy zapis- gorąco, mokro, duszno. Na drugi dzień jest 07.07.2025rok, więc łatwiej Polakowi przeczytać, ale dla mnie znów jest tak samo: w domu - klimatyzacja, a na polu-120 stopni F-czyli 35 stopni Celsjusza. Każde wyjście z budynku powoduje szok termiczny, spacer jest niemożliwy, jedynie można a nawet trzeba -wybrać się do sklepu po zaopatrzenie. Ale to też wyprawa-prawie pół godziny samochodem, na szczęście jest w nim klimatyzacja-kupujemy jedzenie na cały tydzień- jeszcze trzeba zapłacić-i tu kolejny szok -150 dolarów, czyli bardzo tanio. W sklepie jest chłodno, ale na zewnątrz -asfalt się topi! Kolejną datę tej wycieczki-11.07.2025r- a raczej w wersji amerykańskiej 07.11.2025r. -zapisałam z wieloma wykrzyknikami-w tym dniu mój organizm powiedział stop- zasłabłam, złamałam nadgarstek i
wylądowałam w miejscowym szpitalu na Pogotowiu. Na szczęście w tym nieszczęściu miałam wykupione podróżne ubezpieczenie. Cyfry na ubezpieczeniu, a Amerykańska Rzeczywistość lecznicza -to temat na następną książkę. Nie stać mnie na leczenie tutaj, więc muszę lecieć do domu. Więc podróżowałam przez pól świata z ręką na temblaku, nawet gipsu mi nie założyli, bo byłoby jeszcze drożej. Obsługa lotniska skrupulatnie mnie prześwietliła-na szczęście dla nich -ja to wiedziałam-w prowizorycznym opatrunku nie było materiałów wybuchowych, nie byłam terrorystą. Przepuszczali mnie przez bramki, ale widziałam te nieufne spojrzenia. Gdy w końcu dotarłam do domu, chwilę odpoczęłam i zaczęłam pielgrzymkę po polskiej służbie zdrowia. 13.08.2025r-ta data w kalendarzu oznacza operację mojego nadgarstka-w miesiąc po zdarzeniu, więc lekarze się nie spieszą, przeglądają moje dokumenty z amerykańskiego Pogotowia. Oprócz złamania wszystkie badania w normie, więc dlaczego zasłabłam? To pesel jest winien-boli głowa, noga, serce się kołacze-boli-to dobrze-jeszcze żyjesz. To tylko w Niebie wiedzą , kiedy będzie kres. Tam już jest Kalendarz i ta Data dla każdego przeznaczona. Odzwierciedleniem tego są nasze cmentarze. Tu nie ma kalendarza, są daty wyryte w kamieniu - starsze, nowsze -nawet wczorajsze.
Następne pokolenia będą zapisywać daty w komórkach. Odpowiednie aplikacje będą same przypominać o nich. Będzie się je zapisywać obojętnie w jakiej formie-ale będą-ważne i mniej ważne ale zawsze będą.
Maria Półchłopek
Kartka z kalendarza
W latach sześćdziesiątych
w Technikum Ekonomicznym maturę zdałam
i gdy świadectwo dojrzałości otrzymałam
to szybko pracy szukałam.
Chcieli mnie przyjąć w Gminnej Spółdzielni do księgowości,
ale było potrzebne z Urzędu Pracy skierowanie
po które bez skutecznie dwa razy chodziłam
i niestety z kwitkiem odchodziłam.
Byłam pół sierotą i kieszonkowego nie dostawałam,
usilnie o pracę walczyłam,
chciałam na siebie zarobić,
bo po to się pięć lat w średniej szkole uczyłam.
W słoneczny, upalny czerwcowy poniedziałek
pieszo ponownie do Urzędu Pracy się udałam.
Stanęłam w długiej kolejce i cierpliwie czekałam.
Przede mną stał chłopak z naszej miejscowości,
którego z widzenia znałam i czas upływał szybko bo z nim rozmawiałam.
Powiedział mi, że stara się o pracę w tej samej spółdzielni
to ja posmutniałam, bo go za konkurenta uznałam.
Gdy już prawie drzwi do biura otwierałam,
„do trzech razy sztuka” -pod nosem powiedziałam
i stał się cud, bo tym razem skierowanie do pracy dostałam.
Uradowana wypadłam z budynku Sądu
i pieszo do domu się udawałam,
jednak po chwili zawróciłam, czułam że nie dam rady,
bo gorąco było a ja głodna i zmęczona byłam.
Poszłam na przystanek
i za chwilę z nowo poznanym chłopakiem autobusem jechałam.
Umówił się ze mną na środę,
ale czy przyjdzie nie dowierzałam.
Przyszedł w środę,
a za dwa tygodnie zaczął ze mną w Spółdzielni pracować.
Codzienne spotykanie w pracy dobrze poznać się pozwalało
co w końcu ślubem zaowocowało.
Często wspominam ten dzień
w którym aż dwa szczęścia doznałam,
bo pierwszą pracę dostałam
i przyjaciela na całe życie poznałam.
Leokadia Półchłopek
Kartka z kalendarza - 26 maja
Tę datę każdy pamięta
Czy młody czy starszy
Każdy ma wielki sentyment
Do swej ukochanej Mamy.
Mamo!
Czerwone piwonie
Kiście wonnego bzu
Dla Mamy zrywamy
Miłość i podziękowanie
Z głębi serca składamy.
Za opiekę, za troskę
Za ręce spracowane
Za wstawanie nad ranem
Za Twe oczy radosne
I za łzy żałosne.
Mamo nasza Mamo
Kochamy cię ogromnie
Przyjmij ten bukiecik
Z pięknych kwiatów polnych.
Matko!
Matka ma serce wielkie
Dla wszystkich swoich dzieci
Wszystkie radości i smutki
W nim zmieści
Cicho łka z żalu i bólu
Bije żarem miłości
Nawet, gdy ją dziecko mocno rozzłości.
Matka kocha do ostatka.




